Szukaj na tym blogu

czwartek, 23 stycznia 2014

Mój przyjaciel kret.

          
                                                                      Bóg rzekł: «Niechaj ziemia wyda
                                                                      istoty żywe różnego rodzaju:
                                                                      bydło, zwierzęta pełzające
                                                                      i dzikie zwierzęta według ich rodzajów!»    
                                   /Stary testament. Księga rodzaju/
Mój przyjaciel kret.

Zima, ale szaro i ponuro.   Tak od początku tej pory roku. 
W ogrodzie nieprzyjemnie aż nie chce się do niego wychodzić. Samo wspomnienie o trawniku, namokniętym , pełnym podziemnych  korytarzy  po nieproszonych gościach, z powodu których nogi zapadają się niemal po kostki i nie trudno o skręcenie.  Krety  minionego lata zrobiły wielkie spustoszenie . Teraz dopiero widać, że roboty na początku wiosny z regeneracja trawnika   będzie sporo.
Walkę z kretami prowadziłem od lat. Bezskutecznie! Był karbid, świece dymne, brzęczki wbijane do ziemi. Jakieś  proszki  rzekomo o zapachu które podobno one nie lubią. Sypałem do korytarzy suszony kwiat lawendy, wkładałem nawet włosy  przyniesione od fryzjera, kropiłem olejkiem lawendowym. Stosowałem wszystko  o czym tylko słyszałem , że odstrasza krety. Nawet podchloryn sodu. Środek   stosowany do uzdatniania wody. Po nim, a może i z innego powodu krety wyniosły się na prawie półtora roku, ale gdy wróciły z posiłkami to było coś strasznego. Kretówka na kretówce.
Stosowałem tez środki do pryskania trawnika, którymi  podobno oblepiają się dżdżownice, a ten  zapach i ten smak nie lubią krety.  Były butelki  plastikowe po napojach  i  puszki po piwie zatknięte na patykach. 
Była też próba stosowana dawno temu przez mojego teścia, czyli cierpliwe długie, bardzo długie czekanie przy kretówce na tego jegomościa ,z uniesiona nad głową motyką.
Wszystko na nic.
Zacząłem nawet myśleć o „urządzeniu” stosowanym przez dziadka mojego zięcia, który był ogrodnikiem, czyli kwadratowej blasze  z 64. szpilami przyspawanymi na niej, umocowanej na odpowiednim trzonku, ale widok   pracującego "brzęczka"  tuż obok  świeżej kretówki  oddalił te zamiary. 
W końcu powiedziałem  „wygrałeś bracie!”, ale nadal byłem wściekły na swojego kreta.
Do czasu.
Znalazłem  bowiem  złoty, pewny  sposób na niego. 
Postępowałem niemal dokładnie jak podawała "instrukcja" odnaleziona gdzieś w internecie. Przygotowałem wygodny leżak, 4 butelki  piwa, otwieracz do butelek, widły i łopatę.
Mając to, usiadłem  wygodnie na leżaku obok kretowiska i  czekałem  na kreta.
Otwieram pierwsze piwo.  Powoli się delektuję jego smakiem. Widły i łopata leżą obok ,w pogotowiu. I po tym  pierwszym piwie  zaczęło mi  być trochę szkoda tego kreta, który za chwilę niechybnie straci życie.
Czas się dłuży. Kreta nie ma.
Otwieram drugie piwo. Przy nim dochodzę do wniosku, że kret pewnie chciałby sobie jeszcze pożyć, ma zapewne rodzinę,  tylko dlaczego panoszy sie na mojej działce?.
Medytację przerywa otwierane właśnie trzecie piwo.
Kreta nadal nie ma, ale świat wydaje mi  się coraz bardziej piękny. Mam coraz więcej wątpliwości i skrupułów. Jeszcze bardziej zacząłem  kochać przyrodę, no i mojego oczekiwanego   gościa wprawdzie,  nie proszonego, ale zawsze gościa.
Kończąc  sączyć czwarte piwo kret przestał mi już przeszkadzać. Jestem  nawet szczęśliwy, że się nie pojawił i uszedł z życiem.
Zmęczony, skołatany myślami poszedłem wypocząć. 
Pokochałem kreta.
W przepisie znalazłem jeszcze adnotację, że gdy wściekłość na kreta powracała, powtarzać powyższą terapię aż do skutku!.
Ale po co, skoro po pierwszej sesji  kret jak by „zapadł się pod ziemię”. 
Dla przyjemności!

Skończyła się jesień, nadeszła ta dziwna, ciepła, bezśnieżna zima, a przyjaciela nie ma.
Oby do wiosny. Walka z nim, tym sposobem to istna przyjemność.
Samo ciśnie się na usta: wróć przyjacielu, konieczna rozkosz dla podniebienia.