Szukaj na tym blogu

niedziela, 22 września 2013

Winogrono.
To winogrono rosło u moich dziadków od zawsze.  Posadzone na rogu domu, ciągnęło swoje pędy pod rynną wzdłuż całego domu od strony południowej i wschodniej. Musi mieć  tyle lat co ich dom,  wybudowany tuż  po wojnie, gdyż poprzedni spłonął  latem 1944 r. podczas działań wojennych.   Samo winogrono  podobno przywiezione zostało z Węgier jeszcze przed II wojną , a sadzonkę  dziadkowie dostali od swoich krewnych. Oprócz przycinania nadmiernie rosnących poza obręb domu i zacieniających okna pędów nie  robiono przy nim żadnych innych zabiegów.  Zapamiętałem  tylko, że babcia zawsze wodę z płukanego mięsa wylewała pod korzeń  winogrona.  Zabieg czy zabobon nie wiem, ale tak było .
Smaczne, o wspaniałym mocnym smaku owoce dojrzewały początkiem września.  Były one naszym, dziecięcym  smakołykiem.  W czasie omłotów, które przypadały zawsze w  tym miesiącu,  między  jednym a następnym zrzucaniem ze strychu snopków zboża , bo taki mieliśmy przydział obowiązków  w czasie omłotów, były naszym posiłkiem.
Dziadkowie  robili też z nich wino. Do spożycia  w zimowe wieczory babcia  pilnowała, by nalewano tylko to, które  miało minimum 2 lata.  Latem z kolei mieszane pół na pół ze studzienna wodą było niezastąpionym  napojem podczas żniw.
W domu dziadków dorasta już trzecie pokolenie. Dom, drewniany z gankiem  ma się dobrze, a z nim to samo winogrono tak samo obficie owocujące,  bez chorób  i  pracochłonnych zabiegów. I tak jak kiedyś  robi się z niego wino z tego samego co dziadkowie przepisu  "Bitwy pod Grunwaldem " :
                                     1 kg cukru,
                                    4  l wody, 
                                 10  l owoców winogron. 

Od kilkunastu lat rośnie w moim ogrodzie. Nie na rogu domu, ale na specjalnie do tego celu zrobionym stelażu.  Nie podlewam, jak babcie wodą z „mięsa”, ale wprowadziłem  ‘nowoczesną’  dla jej uprawy  dbałość. 
Winnica w okolicach Bolzano we Włoszech
Zacząłem intensywnie przycinać, tak jak te winorośle  na plantacjach.
Było to dla niego niestety zabójcza praktyką.  Zamiast rodzić więcej, obficiej gron było coraz mniej i bardziej „rzadkie”.  Teraz powróciłem do dawnej metody uprawy. Po prostu przycinam tylko te pędy, które mi przeszkadzają. Skutek jest taki, że winorośl odzyskuje dawną plenność.  


Wina nie robię, bo amatorów na świeże owoce, prosto z krzaczka jest więcej niż na to „markowe” wino.


Wszyscy, którym dałem  sadzonki tej rośliny, chwalą sobie  tę winorośl. . Po pierwsze owoce są  niebiańsko smaczne, po drugie owocuje niezawodnie, po trzecie znosi  wszystkie fanaberie naszego klimatu,  nie przemarza, nie szkodzą jej duże mrozy,  mroźne wiatry i wręcz kocha  słońce jak wszystkie winorośle, a gdy go nie ma równie ma się dobrze.

Zrobiłem już nowy duży trejaż na więcej krzewów winorośli. Moda na winnice w Polsce rozrasta się.